przeciw poetom
przeciw poetom

Robert Król

Kochajcie się

Nowin? Nie ma chętnych do trzymania
dziecka ani żadnej rzeczy, która jego
jest lub ma kiedyś być. Ładne kwiatki.
Jednak lecim sobie saniami pospołu.
Ja, Lukrecy, Lewiatan i Róża od kota.
Ksiądz opiekun nie dotarł na zbiórkę.
Odjedźcie zatem na stronę Lukrecy,
zwierzyny nie płoszcie, a ty, Róża,
chodź bliżej. Zrobimy zaraz w futrach.
kożuchach ponurą dziewczynkę
z cyfrowym warkoczem, o spojrzeniu
spod wąskiego czoła, którą chwycę
za rączkę i wprowadzę w serwer,
jak nakazywano w instrukcji obsługi.
Potem może pod czwórkę w telefon.
Niech wie, że jest dokładna odbitka,
prawie ksero, niech rogata gwiazda
goreje gdzieś w tle, kiedy będę tłukł
w oczach te kody, klucze i zachodnie
kształty. Nie ma czasu na kaprys
lub na celowanie w znak raka, byka,
jelenia czy traszki, który nam podawał
znajomy astronom z pułapu drabiny.
Jestem wielkim naczelnym pszczelarzy.
Mogę zlecić podwładnym kupno
nowej rzeczy, najlepiej przedmiotu,
który będzie w zamian przywodził
na myśl dmuchawę lub wspomnienie
dyngusa, długotrwałe polewanie
z blaszanego wiadra pod szalony wiatr.
Kiedy w końcu zlecę, stanie u ruchu
każdy ogarek. Nakręcim dokładnie
maleńki zegarek. Spadnie jakiś grom.
Sanie się rozpadną od dygotu bioder
i pukania serc. Cały szwadron kolegów
od pasiek zacznie zakładać rodziny
bez wiedzy adiunktów i najlepszych
panien do tańca, różańca i ziewu.
Wszystkie będą już mocno zamglone,
wypite, jak Lewiatan, poniesione,
jak oczko w pończochach, w górę,
w kierunku miednicy, żeber i warg.
Lecz tylko Róża bez śladu rumieńca
powróci do siebie, a sukienkę jeszcze
długo zostawi zadartą, bo kolano
musi się obcym podobać, przypadać
do gustu i zapraszać słońce do odkryć,
wzbudzać pasma uczuć albo zwodzić.
Może nam się powieść, wielki smutny
borze, słoju miodu, zbyt jasnej żywicy.
Ale trzeba rogu do tego, sygnału zza
grobu, psów gończych, wąchania tabaki.